Galeria ul. Mariacka

Ze Stanisławem Olesiejukiem o „Nokturnie” rozmawia Ida Łotocka-Huelle

19 listopada 2016 r.

 


 

I.Ł. Nokturn to obraz nocy?

S.O. Może niezupełnie nocy kojarzonej z porą dnia, ale z czasem przemijania, odchodzenia, transformacji, pożegnania. Chodzi o szeroki sens tego pojęcia, o ładunek filozoficzny.

I.Ł. Czyli ogromny ładunek narracyjny, choć rysunki wydają się abstrakcyjne. Rzeczywiście, teraz dostrzegam, że mają ciężar kamienia, nagrobnej płyty.

S.O. Dobre skojarzenie, bo jest to rodzaj epitafium, które odwołuje się do określonych sytuacji z mojego życia, do osób, które zaistniały, odcisnęły na mnie swoje piętno i odeszły. Osób, z którymi los zetknął mnie bezpośrednio, jak i ważnych dla mnie twórców, znanych ze swych dzieł i historii Sztuki.

I.Ł. Jeden rysunek poświęcony konkretnej osobie?

S.O. Na tej wystawie tak. Choć wcześniej robiłem tryptyki i poliptyki w mniejszym formacie. Pokazywałem taki cykl prac w zeszłym roku w Filharmonii. Obecnie zdecydowałem się na pojedyncze, większe prace.

I.Ł. Symboliczny tytuł wystawy i ogromna siła oddziaływania poprzez rygorystyczną monumentalną w swoim wyrazie formę. Wielkie znaczenie dla tego oddziaływania ma kompozycja: stosunek bieli do czerni. Biel w pańskim ujęciu jest światłem, więc chodzi o stosunek światła do ciemności, a w wymiarze filozoficznym światła do nicości? Oczywiście w plastyce jest to działanie formą.

S.O. W ostatnim czasie interesuje mnie minimalizm, synteza, zarówno kolorystyczna jak i formalna, a co zatem idzie maksymalizacja, koncentracja siły oddziaływania. Przestałem się bawić narracją literacką, a wchodzę w elementy czysto formalne. Jest tylko biały tusz i czarne tło. Czerń, nicość to rodzaj zagadki, którą stawiam przed odbiorcą i przed sobą samym. Nic o niej nie wiemy, to stan naszej niewiedzy.

I.Ł. Światło natomiast ma zdecydowaną formę, dookreśloną, geometryczną. Formę, która działa masą. Zewnętrznie uporządkowana, ale wewnątrz niej kłębi się chaos drobinek. Jak je pan uzyskuje?

S.O. Zrobione to jest techniką żelopisu, białym tuszem. Połączone, drobne dotknięcia narzędzia działają masą, kształtem. Nie zamyka go jednak żadna linia. Obwód stanowią drobiny pajęczynek.

I.Ł. Tak jak w naturze — linia nie istnieje, więc żadna linia nie oddziela światła od cienia. Skąd jeszcze czerpie pan inspiracje?

S.O. Moimi mistrzami są konstruktywiści. Staram się iść śladami Malewicza, Mondriana, Henryka Stażewskiego. Moi ulubieni artyści to także Max Bill, Brancusi. Po prostu synteza, praca oparta na rozumie, porządku. Emocje też jakieś są, ale poddane rygorowi rozumu. Przede wszystkim logika. Nigdy nie zaczynam swojej pracy od przypadkowości. Zawsze dokładnie wiem, co chcę powiedzieć, co zrobię. Obojętnie, czy to jest obraz olejny, czy rysunek, od początku cały obraz mam w głowie.

I.Ł. Dwa wątki nasuwają mi się odnośnie pańskiego autokomentarza dotyczącego intencji i filozofii sztuki. Pierwszy dotyczy owej logiki i ujęcia pamięci danej osoby w znak.

S.O. Tak niezależnie czy to będzie osoba z bliskiego kręgu, czy mistrz i przewodnik w sztuce, szukam dla niej maksymalnej, symbolicznej syntezy. Tę całą wystawę dedykuję mojej pani profesor Blance Gul-Olszewskiej, która uczyła mnie pięć lat w liceum plastycznym w Lublinie, a w tym roku odeszła w inny wymiar. Właśnie ona ukształtowała podstawy mojego plastycznego myślenia.

I.Ł. Być może wiąże się to z drugim aspektem, który pańska twórczość i komentarz przywodzą mi ma myśl — właśnie owe podstawy. Logiczne, rozumowe ujęcie idei kojarzy mi się z obiektywnym, greckim poczuciem piękna jako harmonii będącej podstawą naszej rzeczywistości. Równowaga, liczbowo określone proporcje — to co ukształtowało naszą zachodnią estetykę. Wewnętrzna równowaga, do której pan dąży i z góry ustanowiony porządek stąd się wywodzi?

S.O. Oczywiście. Zarówno matematyka, jak i filozofia grecka są dla mnie bardzo ważnymi fundamentami myślenia. No i oczywiście cała estetyka klasycyzmu. Tam gdzie kategorie wyznacza rozum i logika — postawa filozoficzna, pitagorejska.

I.Ł. Skoro już jesteśmy przy Grekach, w tych drobinkach tworzących formę w nicości widzę jeszcze materialistyczną, może atomistyczną koncepcję rzeczywistości.

S.O. Tak, bo próbując tworzyć pewną filozoficzno-plastyczną syntezę odwołuję się do wszechświata, kosmosu, milionów drobinek, krążących w pustce, z których składają się większe całości.

I.Ł. Formy, które pan tworzy kojarzą mi się z graficznym znakiem. Kształt jest maksymalnie uproszczony, ale w żadnej z prac się nie powtarza, jest zróżnicowany. Znak, do którego pan dochodzi może mieć rodowód w sztuce dalekiego wschodu?

S.O. Fascynuję się sztuką Chin i konfucjanizmem. To również moja inspiracja. Będę nadal starał się syntetyzować. Nie wiem do czego mnie to doprowadzi. Nie ma bowiem sensu powtarzanie pomysłu Malewicza. Szukam różnych form. Są wśród nich symetryczne jedno i dwu osiowe, ale również asymetryczne. W swoich pracach nie lubię jakichkolwiek powtórek. Są to wariacje na temat formy i światła.

I.Ł. A jak kształtowała się pańska droga twórcza?

S.O. W liceum plastycznym miałem wspaniałych profesorów ze środowiska lwowsko-wileńskiego. Rzeźby uczył mnie Henryk Baranowski. Potem ukończyłem Wydział artystyczny Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej i tam też miałem zajęcia z wybitnymi profesorami, tuzami sztuki światowej: Kodji Kamoji, Ryszard Winiarski, Maksymilian Snoch, Bogumił Zagajewski — uczeń Dunikowskiego. Jeśli chodzi o kształtowanie wyobraźni plastycznej przeszedłem całą drogę: od realizmu, odwzorowania świata, poprzez impresjonizm, fascynację monumentalną sztuką starożytną Egiptu i Mezopotamii. Stopniowo rezygnowałem z narracji i dochodziłem do monochromatyzmu i coraz większej syntezy.

I.Ł. By ostatecznie dojść do światła w ciemności?

S.O. Właśnie i tak również można by zatytułować wystawę.

I.Ł. Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

DMC Firewall is a Joomla Security extension!