Galeria ul. Piwna

Rozmowa Marii Jędrzejczyk z autorem, KRZYSZTOFEM IGNATOWICZEM

na temat Jego wystawy z okazji jubileuszu 35-lecia pracy twórczej w Galerii ZPAP przy ulicy Piwnej w Gdańsku.


M.J.: Trzydzieści pięć lat pracy twórczej... Od jakiego momentu ten czas się liczy?

K.I.: Od pierwszego projektu gazety czyli od 1982 roku.

Gazeta ukazała się dopiero w 1983 roku, ale projekt powstał wcześniej.

M.J.: Która to była gazeta?

K.I.: Prywatna gazeta o modzie, „Maria”. Wydawcą była SPWP „FORMAT” Zajmowałem się tym przez około 10 lat.

M.J.: Potem?

K.I.: W 1991 roku dostałem propozycję zaprojektowania Dziennika Bałtyckiego.

M.J.: Wracając do samego projektowania...Co miało największy wpływ na tego rodzaju twórczość?

K.I.: Zdecydowanie zajęcia z profesorem Zbigniewem Walickim, na których zrobiłem pierwszą winietę Dziennika Bałtyckiego.

W czasie studiów przeszedłem dobrą szkołę liternictwa. Winiety wykonywałem pędzelkiem.

Tymczasem praca w Dzienniku Bałtyckim stawiała nowe wyzwania. Lata 1992/3 były przełomowe. W redakcji pojawiły się „Mekintosze”.

Była to jedna z największych szych sieci „Mekintosza” na Polskę Północną . Musiałem uczyć się nowych narzędzi pracy. Dotychczasowe poszły w kąt. Projekty, które zajmowały mi wiele godzin żmudnej pracy, teraz mogłem wykonać w kilka minut.

Projektowaliśmy więc korzystając z najnowszej technologii, tymczasem, jeśli chodzi o realizację, gazeta drukowana była tak jak w dziewiętnastym wieku; z wykorzystaniem bębnów ołowianych.

M.J.: Widać Twoją fascynację nowymi technologiami w tamtym okresie. Czy ta fascynacja wystarczyła do tego, żebyś jako twórca, pozostał wierny gazecie przez wiele lat?

K.I.: DB się rozrastał. Wzbogacił się np. o dodatek „Salon Alicji”. Inicjatorką była Alicja Balińska. Pracowałem z nią w „Marii|” i to ona ściągnęła mnie do „Dziennika Bałtyckiego”.

Jan Jakubowski, redaktor naczelny DB dał mi pełną wolność w projektowaniu. Sprawiało mi to wiele satysfakcji. Powstawały kolejne dodatki, jak „Autosalon” czy „Biznes”.

Zajmowałem się również innymi gazetami grupy „Polskapresse”

Potem „kupiła” mnie konkurencja., czyli grupa Media Regionalne, do której należało kilkanaście gazet regionalnych.

Pełniłem tam, do roku 2014, funkcję Krajowego Dyrektora Artystycznego.

Potem zostałem zatrudniony, jako dyrektor artystyczny, przez grupę WM , do których należą „Gazeta Olsztyńska” i ”Nasz Olsztyniak”.

M.J.: Jak aktualnie wygląda Twoja praca?

K.I.: Obecnie jestem dyrektorem artystycznym w Arena Gdańsk Operator - „Stadion-Energa”

M.J.: Czy jesteś człowiekiem zawodowo spełnionym?

K.I.: Zdecydowanie tak. Lubię to co robię. To moje hobby, za które mi płacą.

Proces twórczy sprawia mi radość i daje dużo satysfakcji.

Okładki i projektowanie, to nie tylko opowieść o wydarzeniach, o tym co ważne i aktualne, ale także sposób na przekazywanie konkretnych emocji za pomocą obrazu, trochę jak w malarstwie. Do tego mam poczucie, że przekazuję swoje emocje. Mam nadzieję, że wpływam na innych w pozytywnym sensie, ponieważ kieruję się względami estetycznymi, a nie merkantylnymi.

Najważniejszym narzędziem opowiadania w okładce jest rodzaj „rebusu”, zagadki, tej estetyczno-formalnej jak i znaczeniowej .

Kwintesencją każdego projektu jest zatem zazwyczaj ilustracja, sfotografowany obiekt, (przygotowany przeze mnie specjalnie na potrzeby danej okładki) lub zdjęcie reporterskie.

Często współpracowałem z Przemkiem Świderskim i Grzegorzem Mehringiem a od roku 2007 ze swoim synem Filipem.

M.J.: Co na okładce jest ważniejsze: fotografia czy tekst?

K.I. Dawniej uważałem, że gazeta jest do oglądania, nie do czytania. Obecnie skłaniam się do twierdzenia, że jeżeli gazetę się dobrze ogląda to i dobrze się ją czyta. Jeżeli gazeta źle wygląda, to czytać jej się nie chce.

M.J.: Powiedziałeś, że syn Filip jest jest współautorem Twoich projektów...

K.I.: Tak, cieszę się, że znalazł czas by pracować ze mną przy projektowaniu okładek, mimo rozlicznych zajęć. Filip skończył na ASP kierunek związany ze sztuką czystą, jakim jest malarstwo, w tej chwili pracuje nad doktoratem w tej dziedzinie. Do tego jest dyplomowanym reżyserem filmowym.

M.J.: Masz jeszcze dwie córki, które również są powodem do dumy.

K.I.: Najstarsza córka jest historykiem sztuki.

Młodsza, po gdańskiej szkole baletowej, tańczy w berlińskim Friedriechstadt-Palast.

Moja żona, Jolanta, wychowując troje dzieci, nie miała łatwego życia z artystami – indywidualistami. Najważniejsze, że w tym tyglu emocji twórczych i ambicji, jakim zawsze był nasz dom, potrafiliśmy pozostać rodziną – świetnie działającą drużyną.

M.J.: Z tego co mówisz wynika, że jesteś człowiekiem spełnionym po wielokroć.

K.I.: Zgadza się.

M.J.: Wielkie dzięki za interesującą rozmowę.

Our website is protected by DMC Firewall!