Galeria ul. Mariacka

Z Jaśkiem Balcerzakiem o głębokim lesie i malarskiej materii rozmawia Ida Łotocka-Huelle

8 stycznia 2016 r.

 


I.Ł. Pańska Twórczość wydaje mi się jednocześnie gwałtowna i bardzo wysmakowana. To skrajne połączenie jest bardzo interesujące. Czy wynika ono z Pańskiego temperamentu, z osobowości o skrajnych dyspozycjach?

J.B. Choć ciężko, bo niezręcznie jest mówić o sobie, wydaje mi się, że po trosze tak jest. Sam ostatnio się nawet zastanawiałem malując, że gdy robię te gwałtowne gesty na obrazie, czuję że żyję, że to jest moja, wynikająca z głębi część malowania, która daje mi najwięcej przyjemności i pomysłów na kolejne obrazy. Ale z drugiej strony, ten etap  związany z detalami przy kończeniu obrazów, nad którymi praca zabiera mi piekielnie dużo czasu, choć doprowadza mnie do furii, jest niezbędny. Potem widzę, że jedno bez drugiego nie działa, nie ma wyrazu i nie potrafię tego w żaden sposób rozłączyć. Ta część pracy wymagająca dużej cierpliwości czasami mnie jednak przerasta.

I. Ł. Nie można się dziwić, bo jak każdy prawdziwy artysta działa Pan pomiędzy dwoma biegunami: ekspresją emocji i estetyczną jakością — w wypadku obrazów na obecnej wystawie: wyrafinowanej formy, monochromatycznej barwy i światła. Te obrazy, mimo że mroczne, czarne, w odbiorze niosą wiele wartości pozytywnych. Kolor i światło zjednoczone w syntezie, takie wewnętrzne światło w obrazie, bijące z barwnej plamy. Dynamika form i świecenie barwy emanuje pozytywną energią. Czy w procesie twórczym jest to malarstwo gestu — action painting? Swobodne rozprowadzanie farby?

J.B. Zdecydowanie tak, ale ono przypadkowe nie jest. Dużo czasu zabiera, żeby zbudować kompozycję. Wiele rzeczy nie wychodzi, muszę odłożyć obraz, bo jeden fałszywy gest zrujnuje poprzednie układy i nie jestem w stanie poprawiać ich kolejnymi. Na następnym etapie staram się wszystko spiąć, żeby te gesty znalazły swoje miejsce w końcowej wersji.

I. Ł. Obrazy, które Pan prezentuje w naszej galerii są abstrakcyjne. Jednak inspiracja zawsze pochodzi z rzeczywistości. Co nią było w tym przypadku?

J.B. Natura. One pochodzą wszystkie z mojej fascynacji drzewem i lasem. Może niewiele w nich widać tego pierwotnego impulsu, przede wszystkim z powodu braku koloru, są achromatyczne, taki widok mocno pod światło. Te mazańce, które różnie odbierają osoby patrzące na obrazy, mają swoje źródło w koronach drzew.

I.Ł. Może nocny las? Ja poetyzuję, ale szukam tytułu dla tej wystawy. Pan jej nie zatytułował.

J.B. Nie zatytułowałem, trochę się bałem. Ostatnie moje wystawy związane były z lasem. Tytuły gdzieś krążyły wokół tematyki lasu i drzewa, więc zastanawiałem się nad tytułem pokrewnym np.: „ Głęboko w lesie”, albo „Zbyt daleko wchodząc w las”, ale nie byłem przekonany do takiej poetyki.

I.Ł. Ale to dobra podpowiedź „Zbyt głęboko wchodząc w las…” w końcu tytuł ma za zadanie wywołanie ciągu skojarzeń, nawet w odniesieniu do malarstwa abstrakcyjnego, bo ludzki mózg ma taką właściwość, że zawsze szuka znaczeń.

W tym cyklu stosuje Pan gamę achromatyczną. Taki „las spalony”. Do tej pory widziałam Pańskie kolorowe prace. Co spowodowało takie ograniczenie języka barw? Bo przecież tworzenie w bieli i czerni to narzucenie sobie pewnych ograniczeń.

J.B. Zdecydowanie tak. Była to taka nagła potrzeba odejścia od koloru, oderwania się od tego, co robiłem wcześniej. Wkroczyłem na grunt, którego zupełnie nie znałem, bo zawsze fascynowałem się właściwościami koloru. Łączony w przeróżny sposób, czy bardziej monochromatyczny, czy kontrastowy, kolor był dla mnie najistotniejszy. Tutaj, dzięki wejściu w achromatyczność niejako się resetuję. Mam wrażenie, że teraz, po tym doświadczeniu, wracając znowu do koloru lepiej go widzę. Mam nadzieję, że nie jest to po prostu tęsknota, tylko zmiana jakościowa.

I.Ł. Oczyszczenie percepcji, wyciszenie receptorów, żeby spojrzeć na nowo, „świeżym” okiem?

J.B. Tak. Ponieważ dotąd większość moich prac była w kolorze, zastanawiałem się, czy nie włączyć do tej ekspozycji jednej pracy barwnej, żeby było nawiązanie do tych poprzednich. W pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę, że to będzie całkiem obcy wtręt. Poza tym barwa w jednym obrazie, z powodu swojego silnego działania odbierze kolor, który pojawia się w bardzo subtelnym wymiarze w pracach głównego cyklu. W tych achromatycznych obrazach jedne szarości są cieplejsze, inne chłodniejsze. Temperaturowe różnice mogłyby przestać wybrzmiewać. Te prace zdają się być pełno kolorowe, ale w sytuacji, gdy nie ma koloru wokół.

I.Ł. Taka praca oczywiście zdominowałaby wystawę, ale dla jakiejś ekspozycji przeglądowej mogłoby to być zasadne. Nasza ekspozycja jest jednak dokumentacją pewnego etapu Pańskiej pracy, stąd jej ogromna spójność i konsekwencja. Pana barwne prace kojarzą mi się z fowizmem, twórczością Henri Matissa. Kontrast między dużą, płaską plamą, a barwną wstęgą, która faluje łapiąc na krawędzi światło.Tutaj, w achromatycznych obrazach jest sama esencja tej idei.

J.B. W nich zabrakło jednej rzeczy, obecnej w poprzednich, której wcześniej nie mogłem się pozbyć, a z której teraz świadomie zrezygnowałem. Była wynikiem problemu z budowaniem kompozycji. Przy tej gmatwaninie gestów potrzebowałem uchwycenia się pewnego porządku, żeby dokończyć kompozycję. W tym celu stosowałem piony, bardzo cienkie, które nawiązywały do świateł na pniach drzew. Nie zawsze kojarzyły się ze swoim pochodzeniem, ale mnie były potrzebne do zamknięcia kompozycji. Mam nadzieję, że teraz, bez pomocniczych elementów udało mi się zespolić obraz. Dzięki temu światło na gestach ma silniejsze działanie, bo nie ma konkurencji.

I.Ł. Czyli pracuje Pan nad syntezą materii i światła. Ogromna konsekwencja bije z Pańskiego dorobku malarskiego. Studiował Pan jednak grafikę. Czy porzucił ją Pan?

J.B. Obecnie sporadycznie uprawiam grafikę. Moją specjalizacją była litografia, ale w tej chwili czasowo jest to niemożliwe. Trudno spiąć wszystko co robię. A poza tym zauważyłem, że praca w tak różnych, odległych estetycznie technikach wymaga szybkiego przestawiania myślenia i wyobraźni. To duża trudność, potrzebuje czasu. Więc zrezygnowałem z litografii, która jest organizacyjnie trudniejsza, bo wymaga solidnego warsztatu.

I.Ł. Wspomniał Pan o czasie. Z Pańskich obrazów bije gonitwa czasu, dynamika, demon ruchu. Jaki jest Pana sposób pracy?

J.B. Zawsze mam nadzieję, że uda mi się namalować obraz, pospieszny w wyrazie, który jest szkicem i tak go pozostawić. Kilka razy mi się udało, ale zwykle to trwa bardzo długo. Odkładam rozpoczęte prace, maluję kilka obrazów naraz. Zwykle wychodzę z jakiegoś szkicu, który mniej, czy bardziej przekładany jest na płótno. Odzwierciedla on jedynie w pewnym stopniu ten obraz, który był w głowie. Potem, w trakcie malowania każdy kolejny krok powoduje zaistnienie jakichś sytuacji na płótnie, przypadków, które mnie odrywają od tego początkowego konceptu. I zdarza się, że ósmy, dziesiąty obraz, który wynika z tego pierwotnego szkicu przestaje mieć z nim cokolwiek wspólnego. I jest to wynik nie tyle przemyśleń, co przypadków, które są ciekawsze od pierwotnego pomysłu. Staram się więc podążać za nimi. Staram się wykorzystać to, co się dzieje w materii malarskiej.

I.Ł. Pochodzi Pan z rodziny artystycznej. Jaki wpływ wywarł na Pana ojciec artysta malarz, również zafascynowany pejzażem, naturą?

J.B. W młodości, co oczywiste. Ale cały czas jestem pod wpływem twórczości taty, choć może w pracach tego nie widać. W jego malarstwie jest dużo konkretnej rzeczywistości, narracji. W swoim malarstwie tego unikam. Jednak w szerszym kontekście i włączając szkice, widzę bardzo dużo nawiązań. Kiedyś zauważyłem, że wiele moich prac mogłoby być drobnymi kadrami z prac ojca z dalekiego, dalekiego planu.

I.Ł. Takie sfokusowanie na materię. A Pańskie fascynacje malarskie, kogo uważa Pan za mistrza, co w sztuce jest Panu bliskie?

J.B. To, o czym Pani wspomniała: ekspresjonizm, fowizm, potem malarstwo gestu. Ale w każdej epoce, począwszy od malarstwa jaskiniowego, które uważam za jedno z największych osiągnięć w sztuce, znajduję jakiegoś mistrza. Z naszych malarzy bardzo cenię Nowosielskiego, jego podejście do kompozycji, zestawienia barw, uproszczenia i ostrożność, by nie przeładować kompozycji.

I.Ł. Rozumiem, bo Pańskie kompozycje, mimo, że wydają się dzięki dynamice bardzo bogate, są zestawieniem kilku prostych form: płaszczyzny, gestu — wstęgi i światła. I to zobaczył Pan w lesie. Kiedy? Skąd ten las? Skąd Pańska filozofia Sztuki wywodzącej się z natury, z materii?

J.B. Wychowywałem się po części w lesie, w domu letnim pod Płockiem, otoczonym lasem i bagnami. W lesie siedziałem od rana do wieczora, dopóki mnie głód nie wygonił. Z czasem poczułem, że muszę wejść w niego głębiej.

I.Ł. Dziękuję za rozmowę.

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd