Galeria ul. Mariacka

Krystyna Jacobson, malarstwo / Galeria ZPAP w Gdańsku, Mariacka 46/47, 03.09.2018 – 03.10.2018

 6.09.2018 r.


Grażyna Tomaszewska-Sobko: Jaki był początek Pani przygody ze sztuką i jaki był zarazem początek Szkoły Sopockiej? Dodam że posiada Pani indeks Instytutu Sztuk Plastycznych w Sopocie z numerem 40.

Krystyna Jacobson: U nas w domu było czworo dzieci. Nasi rodzice bardzo czujnie śledzili nasze zainteresowania. Wszyscy moi bracia to biolodzy, a ja zachowałam się jak kukułcze jajo, cały czas rysowałam. Mama nie bardzo wiedziała z czym się wiąże bycie artystą. Mówiła „Pójdziesz na Sztuki Piękne, to jest dobry zawód dla kobiety. Będziesz pracować w domu, robić kwiaty ze skóry”.
Pochodzę z Małopolski. Moi dziadkowie mieszkali w starym dworku. Mój pradziadek zbierał piękne, antykwaryczne przedmioty. To był dla mnie taki zaczarowany świat. Było tam zawsze dużo pięknych kwiatów i bukietów. To szalenie działało na moją wyobraźnię.
Do Sopotu przyjechaliśmy pod koniec 45. roku. Dowiedziałam się, że otwarto Szkołę Sztuk Pięknych i poszłam na ul. Obrońców Westerplatte zapytać czy można się zapisać, czy zdaje się jakieś egzaminy. Przyjął mnie pan, później się okazało, że był to profesor Janusz Strzałecki, wówczas rektor. Chwilę ze mną porozmawiał i powiedział, że jest już po egzaminach, ale są jeszcze miejsca. Dał mi papier i węgiel i powiedział, że mam iść na górę, gdzie są zajęcia z rysunku i że za jakiś tydzień zobaczy, czy się nadaję a maturę będę musiała uzupełnić w trakcie studiów. Prawie wszyscy byli w takiej sytuacji. Było nas studentów około 15 osób.

G.T.S: Czy był tylko jeden wydział?

K.J.: Wtedy, w pierwszym roku, tak. Był to wydział rysunku. Rano był rysunek z modelem, po południu były zajęcia z kompozycji brył i płaszczyzn. Robiliśmy różne instalacje. Później doszło liternictwo, następnie doszła anatomia. Ale w tym pierwszym semestrze był tylko rysunek z modelem. Była wielka rola papieru pakowego i węgiel, który wypalaliśmy. Po dwóch tygodniach powiedziano mi, że zostałam przyjęta na studia. W tym momencie dopiero uświadomiłam sobie, że ja zdawałam egzamin.
Rodzice dostali maleńkie mieszkanie, więc przeprowadziłam się do akademika na Alei Niepodległości (wówczas Armii Czerwonej). Na dole była tam stołówka, na pierwszym piętrze biura jakiejś organizacji młodzieżowej, mansardę Szkoła wynajęła dla nas. Bez światła, bez wody i bez ogrzewania. Naszym oświetleniem były świece nagrobne, bo były najtańsze. Ale i tak cały czas spędzaliśmy w szkole. Była nas tylko trójka dziewcząt, natomiast chłopcy to m.in. Władysław Jackiewicz, Rajmund Pietkiewicz, Alojzy Trendel, Henryk Oszczakiewicz, Józef Łakomiak, czyli cała późniejsza kadra. Szkoła za nas płaciła, ale byliśmy po prostu głodni. Rano była czarna kawa zbożowa i suchy chleb, to samo na kolację, a na obiad talerz krupniku, grochówki, albo kartoflanki. Chłopcy zorganizowali mały żelazny piecyk i z magazynów kuchennych na dole podbieraliśmy kartofle i parzyliśmy je na tym piecyku. Ja robiłam do tego sosy, żeby to się dało zjeść. Ze słoniny, czy kawałka twarogu, lub musztardy. Chłopcy mieli w swoim pokoju ten piecyk, więc było jakoś znośnie, ale w naszym pokoju było tak zimno, że rano tłukłam lód w miednicy. Ale mnie to nie przeszkadzało.
Mniej więcej po pół roku zapisałam się do szkoły wieczorowej i w ciągu roku zrobiłam dwie klasy. Na szczęście na studiach nie było jeszcze dyscypliny obecności, więc dało się to ze sobą pogodzić.
Jedna ze studentek zdobyła od pewnego porucznika klucz do willi, która była przydzielona ministrowi Kwiatkowskiemu. Pozbierałyśmy manatki i się tam wprowadziłyśmy. Dostałyśmy od chłopców, którzy zrobili dekorację dla gazowni, tonę koksu, więc miałyśmy tam El Dorado. Dopiero później dowiedziałyśmy się do kogo należy przydział, ale nie chcieliśmy się wynieść. „Ale panie ministrze, przecież ta willa jest taka duża, wszyscy się zmieszczą. Dlaczego pan i pana służba muszą mieszkać w osobnym domu?” - powiedziałam na spotkaniu z Kwiatkowskim - „No wie pani, tak to jest, to nie jest takie proste” – odpowiedział. No i wyrzucili nas do baraków PCK na ulicy Chrobrego, gdzie były pluskwy. Kiedy się tam rozchorowałam, wróciłam do mieszkania rodziców. Ci którzy zostali, doczekawszy wiosny dali się wywieźć z całym dobytkiem na plac przed kościołem św. Jerzego. Postawili transparent z napisem „Dom Akademicki Szkoły Sztuk Pięknych”. Rozpalili ognisko, a w kociołku gotowali zupę. Ktoś malował. Zrobiło się zbiegowisko. Przyjechał wojewoda z żoną. Zabrali studentów do swojej willi na ulicy Mickiewicza i w ciągu tygodnia dostaliśmy Dom Akademicki na Alei Niepodległości i później drugi, tzw. „Mewa”.
Profesor Józefa Wnukowa postarała się o przydział z UNR-y, m.in. czarnej fasoli. W piwnicy przy ul. Obrońców Wybrzeża 24, tam gdzie była szkoła, zorganizowała stołówkę i przez pierwsze dwa tygodnie sama gotowała. Jadaliśmy wówczas razem z profesorami.
Przez to, że była nas taka garstka, wówczas gdy nie było modela, profesor Studnicki zabierał nas i wychodziliśmy szukać kogoś na ulicy. Kiedyś np. złapaliśmy kominiarza, który nam potem pozował. Do aktów pozowały nam m.in. Niemki, które nie miały z czego żyć. Mniej więcej po roku profesor Janusz Strzałecki założył pracownię malarstwa. Wybrał sobie około 10 osób i zaczęliśmy malować. Wśród nas był Kachu Ostrowski, Ryszard Semka, Roman Usarewicz. Malowaliśmy na tekturach. Pierwszy pędzel dostałam od Usarewicza, drugi od Kacha, bo nie można było ich kupić. I tymi dwoma pędzelkami malowałam. Koledzy nauczyli nas gruntowania. Klimat był cudowny. Szkoła rozwijała się. Mieliśmy już wykłady z perspektywy z profesorem Ottem (autor podręcznika od geometrii wykreślnej -przyp. GTS). Niestety potem przyszła fala socrealizmu. I o ile do tej pory rysowaliśmy swobodnie węglem, to potem kazano nam rysować ołówkiem na brystolu.
Mimo, że nie mieliśmy indeksów, tylko zbieraliśmy zaliczenia na karteczkach, wprowadzono nowe restrykcje i okazało się, że nie wszyscy pilnowali owych karteczek. Była jesień 49. roku, kiedy wywieszono listę studentów z wpisanymi zaliczeniami oraz brakami. I tak okazało się, że np. Franciszek Duszeńko, który był na III roku, miał zaliczony tylko jeden semestr rzeźby. Wówczas rektorem był profesor Jan Wodyński. W tamtych czasach obowiązywał zwyczaj, że panie, które zajmowały się sztuką, rezygnowały z macierzyństwa. Dla mnie było oczywiste, że skoro wyszłam za mąż, to będę miała dzieci. Dyplom robiłam z trójką dzieci. Dopiero jak Teresa Pągowska urodziła , pogląd na posiadanie dzieci przez artystki się zmienił. W dzisiejszych czasach jest to już zupełnie powszechne.

G.T.S: A jakie było ówczesne malarstwo? Mówi się o Sopockim koloryzmie. Zapewne artyści, którzy tworzyli trzon tej szkoły mieli w tym jakiś udział.

K.J.: Tak. Np. Janusz Strzałecki był uczniem Józefa Pankiewicza. Wszyscy byli przed wojną kolorystami. Jeszcze kiedy byli studentami, wyjechali do Francji. Stąd się wywodzą ci koloryści. I Żuławski, a szczególnie Strzałecki, który malował dość realistycznie. Kto założył szkołę? To była grupa z Akademii Warszawskiej. Po wojnie oni wszyscy wylądowali w Łańcuchowie pod Lublinem, gdzie był dom, który zapewne tak jak my zajęliśmy akademik, oni zajęli to miejsce. Tam stworzyli taką jakby komunę, gdzie zrodziła się myśl, żeby założyć Instytut na Wybrzeżu. Przyjechali tutaj obydwoje Żuławscy, Wnukowie, Studniccy i potem dobił do nich Wodyński. Wnuk prowadził rzeźbę, Karbowiak był wtedy jego asystentem, Żuławski prowadził malarstwo ścienne. Korektę rysunku robił Żuławski i Studnicki. Strzałecki uczył malarstwa przez rok. Wnukowa prowadziła kompozycje brył i płaszczyzn. Ale wydaje mi się, że dyplomy nasi profesorowie zdawali już po wojnie w Warszawie. Byli co prawda tu profesorami, ale musieli mieć co roku odnawiane kontrakty. Cały czas byli w niepewności. Na początku, kiedy się nikt nie wtrącał, nauczali nas tak jak trzeba. Później jednak, jeżeli chodzi o malarstwo, były naciski żeby malować socrealistycznie.

G.T.S: Jakie były wpływy tych profesorów na pani twórczość i czy w ogóle takie były?

KJ: Profesorowie robili korekty. Bardzo dużo się nauczyłam od Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego. Profesor Artur Nacht-Samborski przychodził na korekty raz na dwa tygodnie. Stawał za mną, zapalał papierosa i mówił „No niech pani maluje” i to wszystko. Miał świadomość, że maluję fatalnie. Ale zrobiłam w końcu jedną pracę dobrą, drugą pracę dobrą. I wtedy profesor zawołał resztę studentów i powiedział „Zobaczcie jak ona knociła przez tę ostatnie miesiące. Ale knociła tak długo aż jej wyszło”. Dużo uczyłam się od kolegów. Mówili np. że przestrzeń między przedmiotami to też jest forma. Wydawałoby się, że to taka prosta tajemnica, ale nikt nam o tym nie mówił. Ale niestety nie znaliśmy prac profesorów. Szczególnie prac Artura Nacht-Samborskiego. Wszyscy podejrzewaliśmy, że on nie maluje, tylko jest mądry. On miał ogromny autorytet. Nazywali go Rebe. Dopiero po jego śmierci zrobiono mu w Warszawie wystawę, na której łącznie ze szkicami było około 1000 prac. Dlaczego w czasie socrealizmu nie wystawiał? Dlatego, że przez całe życie właściwie malował to samo. Akt, półakt, przy dzbanie z liśćmi. Gdyby on z tym tematem wyszedł w czasie tego polowania na czarownice, przestałby być profesorem. Był również Jan Cybis, choć mnie nie uczył. On również się nie poddał. Nie chciał malować inaczej. Chociaż nasi profesorowie próbowali dawać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, czasem ten socrealizm występował tylko w tytułach prac,( to nie byli nasi profesorowie). Np. martwa natura z jabłkami miała tytuł „Jabłka dojrzałe w słońcu socjalizmu”. Ale korekty robili nam prawidłowe.

G.T.S: Przez wiele lat zajmowała się Pani tkaniną. Czy to zainteresowanie miało swój początek na studiach?

K.J.: Tak. Tkanina to była specjalizacja, którą można było sobie wybrać. Tkanina mnie zachwyciła. Zetknęłam się z nią na trzecim roku studiów. Potem, już po dyplomie, dołączyłam do Zespołu Artystyczno Badawczego Tkaniny profesor Wnukowej. Był to czas, kiedy nie istniała tkanina artystyczna, ale architekci zaczynali projektować wnętrza różnych nowych lokali. I myśmy wskoczyli w tę niszę. Profesor Wnukowa pojechała na pół roku do Ameryki, a tam poznała technikę filmdruku. Przywiozła stamtąd trochę specjalistycznych farb i założyła wspomniany Zakład. Robiliśmy tam właśnie metodą filmdruku m.in. wielkie kurtyny na Wystawę Narodową w Pekinie, w Bukareszcie czy w Izmirze. Robiliśmy również kostiumy dla Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk, gdzie począwszy od farbowania wstążek, przez halki, gorsety do spódnic. Farbowaliśmy nawet nici dla hafciarek.

G.T.S: W Pani malarstwie spotyka się bardzo różnorodną tematykę. Np. pejzaż i portret. Ale także można znaleźć w Pani twórczości wątki religijne. I o nie chciałabym szczególnie zapytać, ponieważ są one niestety coraz rzadziej spotykane. Zazwyczaj w sztuce współczesnej są one, najłagodniej mówiąc, zaczątkiem nieprzychylnego dyskursu.

K.J.: Aktualna wystawa to pewnego rodzaju notatnik malarski. Ładuję swoje „akumulatory” zachwycając się przyrodą. Widzisz, chcesz zbadać to piękno, wreszcie chcesz je zawłaszczyć i zabrać do domu. I to jest chyba istota moich obrazów. Nie wyobrażam sobie tkanin i tych wszystkich rzeczy, które robiłam bez malarstwa. Maluję również z potrzeby serca. Ostatnio namalowałam apostołów na Górze Tabor, albo Matkę Boską, którą chciałam pokazać inaczej. Nie przesłodzoną jak zazwyczaj, ale z widocznym cierpieniem na twarzy. Przez kilka lat służyłam swoją sztuką Kościołowi. Robiłam m.in. tkaninę będącą szopką do kościoła Chrystusa Króla w Gdańsku, (miała 4,5 m na 3,5 m), która przysłoniła ołtarz. Cały kościół był pełen Bożego Narodzenia. W podobny sposób zaaranżowałam na Wielkanoc grób Chrystusa. Współtworzyłam również witraż w kościele św. Józefa w Gdańsku Chciałam też tym działaniem wygonić kicz z kościoła. Często bardzo pobożni ludzie robią różne rzeczy Panu Bogu na chwałę, ale ja myślę, że Pan Bóg ma dobry gust.

Gdańsk 3 września 2018

 

DMC Firewall is a Joomla Security extension!