Galeria ul. Mariacka

ROZMOWA Z LIDIĄ MAŁYSZKO-RAMIK

Lidia Małyszko-Ramik, malarstwo, ceramika
Galeria ZPAP Okręgu Gdańskiego, ul. Mariacka 46/47

Grażyna Tomaszewska-Sobko: Urodziłaś się w Zamościu, tam też ukończyłaś Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych. Jaka więc była twoja droga do Gdańska i dlaczego właśnie tutaj rozpoczęłaś studia?
Lidia Małyszko-Ramik: Jak miałam trzynaście lat, pojechałam z ojcem na wycieczkę do Gdańska. To był chyba rok ’59 i ja tak się zachwyciłam Gdańskiem, że postanowiłam sobie, że właśnie tu będę studiować. Wszyscy dziwili się, że wybrałam to miasto, mimo że miałam bliżej Akademię Krakowską czy Warszawską. Mówiłam, że Gdańsk mi się po prostu bardzo podobał no i chciałam być nad morzem. Tak naprawdę nie wiedziałam nawet jaka jest na gdańskiej uczelni kadra profesorska. No ale było to jedno z marzeń, które udało mi się zrealizować. Mieszkam w Gdańsku.

G.T.-S.: Mówiłaś, że pierwszy raz w tym mieście byłaś w roku ’59, a później?
L.M.-R.: Później jeszcze byłam na wycieczce z Liceum Plastycznym. I ten pobyt utwierdził mnie w jeszcze większym przekonaniu co do wyboru swojego miejsca w życiu, bo kiedy byłam po raz pierwszy nawet ulica Mariacka jeszcze nie była odrestaurowana. Studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych na Wydziale Malarstwa zaczęłam w roku ’67.
G.T.-S.: Bardzo ciekawi mnie jak odbierałaś zmiany w Gdańsku na przestrzeni dekady od czasu kiedy byłaś tu po raz pierwszy. Jak odczytywałaś to miasto jako osoba można powiedzieć napływowa.
L.M.-R.: Bardzo cieszyłam się, że to było w końcu polskie miasto. Że byłam nad morzem. Była ta radość, kiedy człowiek widział jak to miasto pięknieje wciąż odrestaurowywane. Nasi profesorowie oczywiście również uczestniczyli w pracach renowacyjnych, np. przy fasadach kamienic, ale powstawały również nowoczesne dzieła w przestrzeni miejskiej, takie jak np. mozaika Anny Fiszer na ścianie ówczesnego kina Leningrad. Podziwialiśmy odbudowywane stare zabytki, ale też równolegle istniała sztuka współczesna, która pojawiała się w tkance miejskiej.
G.T.-S.: Tak, te fasady gdańskich kamienic nie były renesansowymi (bo w takim duchu postanowiono odbudować Główne Miasto) kopiami, ale współczesnymi realizacjami sztuki sgraffito z użyciem gdańskich motywów.
L.M.-R.: I profesor Wnukowa i profesorostwo Żuławscy oraz większość naszych profesorów uczestniczyło w odbudowie Gdańska. Między innymi dużo rzeźbiarzy, ale też nie można zapominać o rzemieślnikach, np. kamieniarzach, co możemy do tej pory podziwiać na przedprożach między innymi ulicy Mariackiej.
G.T.-S.: A jak wówczas wyglądał Gdańsk jako miejsce do życia?
L.M.-R.: Nasza uczelnia miała problem, bo chłopcy byli zakwaterowani w akademiku w Sopocie, a dziewczęta rozparcelowane po całym mieście w akademikach różnych uczelni. Ja np. mieszkałam w akademiku na ówczesnej ulicy Hibnera we Wrzeszczu ze studentkami Akademii Medycznej. Miało to swoje dobre strony, bo poznawaliśmy różne środowiska studenckie. Ale były także takie sytuacje, że np. zamężna koleżanka w ciąży musiała się o godzinie 22 żegnać z małżonkiem, który wracał do swojego akademika. Nie było wówczas akademików koedukacyjnych.
G.T.-S.: Wracając do dydaktyki, chciałabym się zapytać o profesorów. Jaki wpływ mieli na studentów, a w szczególności na Ciebie, kto zrobił na Tobie największe wrażenie?

L.M.R.: A może lepiej nie mówić… Ale bardzo dobrze wspominam ceramikę i związaną z nią pracę fizyczną. Ciekawi byli oczywiście profesorowie, ale o wiele częściej mieliśmy kontakt z asystentami. Korekty profesorów były jednak wyjątkami. Poza profesorem Borowskim z Katedry Rysunku. Bardzo „piłował”, ale też bardzo te swoje zajęcia przeżywał. Dobrze wspominam Hugona Laseckiego, który był wówczas asystentem u profesora Śramkiewicza. Przychodził często i interesował się tym, co robią studenci.
G.T.-S.: Wspomniałaś o inspiracji twórczej Hugonem Laseckim, może jakieś inne osobowości miały na Ciebie wpływ?
L.M.R.: Na pewno profesor Hanna Żuławska. Profesor Kazimier Śramkiewicz lubił nauczać również o innych dziedzinach sztuki, np. dużo mówił o muzyce. Bardzo dobrze wspominam Piotra Zajęckiego. Był on wówczas asystentem u profesora Zygmunta Karolaka i zachęcał mnie do pracy w technice akwaforty.
G.T.-S.: Wracając jednak do Twojego malarstwa, to jak byś je określiła? Jest ono bardzo narracyjne, ilustracyjne, fantasmagoryczne. Może realizm metaforyczny jest tym najtrafniejszym określeniem? Z czego Twoje malarstwo wynika, jaka jest jego historia?
L.M.-R.: Chyba z samego życia, może nawet z samego przemęczenia, kiedy kursowałam między Czechami, a Gdańskiem czekając na przydział mieszkania. Powstały wtedy cykle „Poczekalnia życia”, czy „Dworce nieskończone”, gdzie te sytuacje były źródłem niecodziennych sytuacji. Np. nocne światło, bieda podróżujących, koczujący na dworcu bezdomni.
G.T.-S.: Dominantami na Twoich obrazach są pochody, parady, procesje, karnawałowe maskarady…
L.M.-R.: Podróż do Wenecji była dla mnie ważną inspiracją. A także Parada Pułaskiego w Nowym Jorku. Jeszcze kiedy mieszkałam w Zamościu okna mieszkania, w którym się wychowywałam wychodziły na Rynek Wielki, a tam obserwowane życie było niczym wielki teatr.
G.T.-S.: Z Twoich prac przebija melancholia.
L.M.-R.: Chyba w każdym człowieku coś takiego tkwi. Smutek istnienia. Ludzie odchodzą i nawet gdzieś z tyłu głowy może tkwi taka myśl, że cóż… człowiek może przekroczyć ten próg. Stąd pojawiający się na moich obrazach cytat z gdańskiego zegara słonecznego „umbra sunt dies nostri”, czyli „cieniem są dni nasze”. Nawet jazda tramwajem jest dla mnie teatrem życia. Ci umęczeni, czasem niepełnosprawni ludzie to taka metafora życia.
G.T.-S.: A gdybyśmy mogły wrócić do wczesnych lat ’70. Zajmowałaś się wtedy ceramiką. Bywałaś na plenerach w Kadynach.
L.M.-R.: Profesor Hanna Żuławska była osobą bardzo interesującą i inspirującą. Bardzo też wspomagała swoich studentów. Umożliwiała nam np. pracę ciągła przy ceramikach, co było zresztą niezbędne przy tej technologii, ale wymagało zgody profesorów innych przedmiotów.
G.T.-S.: Ale chciałbym dopytać o te plenery, o spotkania z innymi artystami np. zagranicznymi. Czy miało to przełożenie np. na waszą dalszą twórczość.
L.M.-R.: Tuż po plenerach utrzymywałam kontakty z artystami, wymienialiśmy się katalogami, a potem niestety to obumierało. Ale na początku utrzymywałam kontakt listowy z Jugosłowianką, Bułgarką i z Rumunką, którą niestety zapoznała się na plenerze w Kadynach z techniką wypału redukcyjnego, a rok później błąd przy tym wypale przypłaciła życiem. Właśnie profesor Żuławskiej zawdzięczam, że wprowadziła mnie do grona ceramików i to, że poznałam tak fantastycznych ludzi. Czyli Staszka i Janinę Koniecznych (z Janiną do tej pory utrzymuję kontakt), Andrzejem Trzaską, Anią Gądzik nieżyjącą już, Swietłanę Zerling, czy Majkę Kuczyńską.
G.T.-S.: Wydaję się, że żałujesz odejścia od tej techniki.
L.M.-R.: Tak mi się ułożyło w życiu, że niestety nie uprawiam tej dziedziny, ale traktuję ją jako tchnienie przeznaczenia. Nikomu niczego nie zazdroszczę. Myślę, że każdy ma swój „dołek do udeptania”.
G.T.-S.: Nie ma czego żałować. Masz na koncie bardzo piękne prace ceramiczne, bardzo nietypowe. Można powiedzieć, że patery z przestrzennymi opowieściami nawiązują w szczególny sposób do Twoich prac malarskich.
L.M.-R.: Dla mnie rzeźba jest trudniejsza niż malarstwo. A w ceramice można było pokazać coś przestrzennego, a oprócz tego za pomocą szkliw wkomponować wątek kolorystyczny, czysto malarski.
G.T.-S.: Zazwyczaj na zakończenie mówisz pytam o plany na przyszłość. Wiem, że masz takie, aby pójść w stronę abstrakcji, aby bardziej syntetyzować swoje wypowiedzi.
L.M.-R.: Chętnie wzięłabym ramę i ujęłabym w niej kawałek bruku, kawałek ściany weneckiej lub kawałek zamojskiej kamienicy przed renowacją. Są to według mnie gotowe obrazy z emanującym z nich spokojem i nostalgią.
G.T.-S.: Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.
Gdańsk, 16.07.2019

Our website is protected by DMC Firewall!