Galeria ul. Mariacka

Tadeusz Ramik - malarstwo, grafika

Tadeusz Ramik, malarstwo, grafika, Galeria ZPAP Okręgu Gdańskiego, ul. Mariacka 46/47 23.09-23.10.2019



Grażyna Tomaszewska-Sobko: Twoja droga, którą podążałeś w kierunku sztuk plastycznych była dość szczególna.
Tadeusz Ramik: Swoje talenty zaczynamy przejawiać zazwyczaj w późnym dzieciństwie. Zwracamy na coś uwagę, coś nas interesuje, bawi. W moim przypadku też tak było. Lubiłem rysować w szkole, co zresztą było tam doceniane. Ale dużo też wyniosłem z rodzinnego domu. Ojciec interesował się sztuką i dzięki temu w domu było bardzo dużo reprodukcji, które lubiłem oglądać. Była to przede wszystkim sztuka czeska, a w szczególności malarstwo pejzażowe, które Czesi bardzo doceniali i doceniają do dziś.

G.T.-S Dodajmy, że urodziłeś się na Zaolziu.
T.R.: Tak, w Karwinie na Zaolziu, czyli po stronie czeskiej. Był to teren sporny jeszcze z czasów przed pierwszą wojną światową. Był także powodem dla którego Polacy byli tam źle traktowani, a odbijało się to w każdej dziedzinie życia. Także w szkolnictwie, co odczułem na własnej skórze. Np. pierwszy Polak dostał się do czeskiej Akademii Sztuk Pięknych dopiero w latach ’70. Polscy artyści zamieszkujący Czechy, którzy mieli wyższe wykształcenie artystyczne, zdobyli je jeszcze przed drugą wojną światową. Problemem było też to, że nie mogliśmy wyjeżdżać do Polski. Pierwszy raz na zaproszenie kuzynki przyjechałem dopiero na początku lat ’60.
G.T.-S.: A jak zacząłeś się „czynnie” zajmować sztuką?
T.R.: Dużo malowałem i rysowałem samodzielnie. Po ukończeniu szkoły ogólnokształcącej dowiedziałem się o Szkole Plastycznej w Ostrawie. Była to szkoła pięcioletnia, która powstała tak naprawdę na potrzeby tamtejszych firm reklamowych, ponieważ jak ktoś już się dostał na studia artystyczne w Pradze, to już z nich nie wracał. Były to dosyć trudne studia, oparte na grafice użytkowej. Muszę przyznać, że szkoła ta, a zwłaszcza zajęcia z historii sztuki, zrobiła chyba w moim postrzeganiu malarstwa trochę zamieszania. Zwłaszcza kubizm, który wyłączył z mojego malowania perspektywę. Zafascynował mnie przede wszystkim Lyonel Feininger, niemiecko-amerykański artysta, który malował cudowne pejzaże i architekturę. W każdym razie szkoła zmieniła całkiem moje myślenie o sztuce.
G.T.-S.: Ale to też chyba były takie lata, kiedy stawiano na eksperymenty i otwierano się na nowe prądy w sztuce.
T.R.: Tak, to były szczególne lata. W sztuce czeskiej o wiele dłużej niż w Polsce dominował stalinowski socrealizm, ale na początku lat ’60 Czechy bardzo się w tym względzie otworzyły. Zaczęły się pojawiać książki, albumy, przyjeżdżały wystawy. W sztuce zaczął dominować op-art (optical art) Victora Vasarelya. Zacząłem malować abstrakcję. Fascynowały mnie te op-artowskie płaszczyzny. Ale chciałbym jeszcze dodać, że równolegle z malarstwem moją pasją była wspinaczka. A co za tym idzie zacząłem malować góry. Lecz niestety przyszedł rok ’68, „bratnia pomoc” i „czasy normalizacji”, co sprawiło że sztuka i nie tylko cofnęła się do lat ’50. I nagle nie wolno było obrazu zatytułować „kompozycja”, nie wolno było malować abstrakcji i aktów. Tylko jeżeli młodemu człowiekowi ktoś powie, że mu nie wolno, to oczywiście będzie to robił. Więc malowałem w dalszym ciągu abstrakcję co oczywiście zamknęło mi drzwi do wystaw. Nie mogłem też sprzedawać swoich prac w Dzile, czyli odpowiedniku polskiej Desy. Zgłosiłem tam kilka prac, ale dostałem na piśmie odpowiedź
(przechowuję ją do dzisiaj), że prace nie odpowiadają wymogom ideologicznym. Poza tym byłem działaczem polonijnym, mieliśmy Polski Związek Kulturalno-Oświatowy, a ja działem w Sekcji Literacko-Artystycznej (SLA). Zaczęliśmy organizować wystawy i nawiązaliśmy kontakty z Polską, dzięki czemu mogliśmy tam jeździć na plenery. Pamiętam jak pojechałem po raz pierwszy na taką „konfrontacje” z malarzami na plenerze, bo nie wiedziałem zupełnie z jakim malarstwem się zetknę. Trochę byłem niepewny, ale jakoś poszło. A w roku ’75 na plenerze w Tucholi poznałem swoją przyszłą żonę, Lidię.
G.T.-S.: W twoim malarstwie znajdujemy kilka elementów stałych. To góry, architektura, motyw czasu symbolizowany przez często się pojawiające tarcze zegarów, a także świetliste łuny przecinające kompozycję.
T.R.: Co do tego ostatniego, to jest to można powiedzieć pokłosie mojej fascynacji wspomnianym już Feiningerem i światłem, które w jego obrazach pojawiało się w sposób tajemniczy i nieoczywisty. A góry, one zawsze są ze mną. Staram się je malować w sposób nienaturalistyczny, nieco abstrakcyjnie, techniką impasto.
G.T.-S.: Malujesz góry w sposób bardzo oszczędny, surowy, czemu sprzyja stosowana przez ciebie technika malarska, co zresztą podkreśla ich grozę i majestat.
T.R.: Bardzo się cieszę, że to widać.
G.T.-S.: Ale wróćmy do tych twoich pozostałych „stałych” elementów.
T.R.: No cóż, jeżeli chodzi o architekturę, to mam do niej szczególny stosunek. Urodziłem się w Karwinie, mieście którego już nie ma, ponieważ na wskutek rabunkowej gospodarki węglowej całkowicie się zapadło pod ziemię. Mieszkało tam wielu Polaków, więc zakładamy że było to działanie celowe, dlatego z pewną zazdrością patrzę na inne miasta. Bardzo podoba mi się Gdańsk, lubię malować stare miasta. Dom w którym się urodziłem zniknął, a to bardzo oddziałuje na psychikę.
G.T.-S.: A jak to się stało, że zainteresowałeś się grafiką?
T.R.: W szkole miałem do czynienia tylko z linorytem i grafiką użytkową. Ale w ’83 roku nieoczekiwanie przyszło do mnie z Polski zaproszenie do udziału w konkursie graficznym na 1500 lecie urodzin świętego Benedykta. Na początek zrobiłem sobie prasę graficzną. Pracowałem wówczas w dziale reklamy na kopalni, dzięki kolegom udało się zmontować prasę z wałków do taśmociągu, na którym jechał węgiel. Kwas do wytrawiania dostarczyli mi koledzy z laboratorium. No i tak udało mi się pokonać wszystkie przeszkody. Przeczytałem trochę literatury na temat grafiki i powstała praca, którą wysłałem na ten konkurs. Ku mojemu zdumieniu dostałem regulaminowe wyróżnienie, co bardzo podniosło mnie na duchu. Tak zaczęła się moja przygoda z małymi formami graficznymi, zwłaszcza z ex-librisem. Przy czym przeskakując z grafiki do malarstwa, muszę uważać żeby nie dominował w nim rysunek, który jest podstawą akwaforty, bo chciałbym jednak aby tą dominantą były przede wszystkim barwne plamy. Na wystawie jest jeden obraz, który wydaje się jakby emanował od środka światłem. Wiąże się z nim pewna historia. Miałem chyba 10 lub 11 lat. Bawiłem się na piasku w żwirowni i zobaczyłem jak zachodzące słońce zamieniło wszystko w złoto. Stałem i patrzyłem na to zjawisko z zachwytem. Trwało to tylko chwilę, ale zapamiętałem to na całe życie. Drugi raz zobaczyłem to zjawisko jak miałem 45 lat. Wracałem z kopalni i słońce zalało stary piastowski zamek w Ostrawie. Niebo było ciemne jak przed deszczem i widać było tylko to światło słońca. W malarstwie chyba tylko prerafaelici próbowali uchwycić to zjawisko.
G.T.-S.: Na niektórych z twoich pejzaży górskich widzimy tajemnicze znaki.

T.R.: Te punkciki oznaczają jakąś moją przygodę taterniczą. Np. miejsce gdzie koleżanka spuściła mi na głowę kamień. Góry to nie tylko wspaniałe widoki, ale również (pomimo tej przygody) polegające na wzajemnym zaufaniu, koleżeństwo.
G.T.-S.: Do Gdańska przyjechaliście z żoną dosyć późno.
T.R.: Lidka czekała 8 lat na mieszkanie w Gdańsku. W tym czasie mieszkaliśmy w Czechach. Żona nie chciała tam zostać. Czesi zachowywali się w stosunku do artystki z Polski niedobrze.
G.T.-S.: Ale w końcu trafiliście do Gdańska. Jak się w tym mieście znalazłeś?
T.R.: Na początku postanowiłem pokazać tu swoje prace. Pierwszą wystawę miałem w MPiK-u na Długim Targu. Było tam fantastyczne światło, które pozwoliło mi inaczej spojrzeć na swoje prace.
G.T.-S.: Tak, pamiętam że był tam przeszklony sufit.
T.R.: Wystawę zorganizowała mi nieżyjąca już Magda Kunicka. Następną była wystawa wspólna z Lidką w „Sieni Białej”. Jej właścicielka, w związku z rocznicą powstania Gdańska, zaproponowała mi abym namalował gdańską architekturę. I tak właśnie pojawiły się obrazy z Gdańskiem i zegarami. W tym czasie zacząłem również tworzyć grafiki i tak naprawdę to właśnie z tych grafik mogliśmy przeżyć, obrazy znacznie trudniej sprzedać. Tak jak mówiłem Gdańsk bardzo mi się podoba. Jes tem tu u siebie. Nie lubię stąd nigdzie wyjeżdżać.
G.T.-S.: Nie wspominaliśmy jeszcze o twoich licznych zasługach i odznaczeniach wynikających z działalności polonijnej.
T.R.: Mieszkałem w Hawierzowie. Po zniszczeniu Karwiny, Czesi wybudowali w okolicy liczne osiedla. Zasiedlano je w ten sposób, aby zlikwidować wspólnotę polonijną. Broniąc się przed tym, zaczęliśmy zakładać kluby. Zapraszaliśmy gości z Polski, między innymi pisarzy. Zacząłem robić tam wystawy. Pokazywałem prace swoje, kolegów, ale również zapraszaliśmy artystów czeskich, którzy ze względów politycznych, mieli zakaz wystawiania. Najczęściej były to obrazy zabronione, abstrakcyjne. Jak już mówiłem, miałem zakaz sprzedaży swoich prac w Dzile, ale kiedy wyjeżdżałem na stałe do Polski, kazano mi zapłacić za nie takie cło, że nie było mnie na nie stać. Zresztą cło musiałem zapłacić od każdej wywożonej rzeczy.W rezultacie swoje obrazy pościągałem z blejtramów i przewiozłem je na podłodze samochodu. Pięknie jest robić w życiu to co się lubi. Kocham malarstwo, ale trudną miałem do tego drogę. Bardzo trudną.
G.T.-S.: Ale jednak się udało. Dziękuję bardzo za rozmowę.
Gdańsk, 23.09.2019.




DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd