Galeria ul. Mariacka

Z Barbarą Gruszką o marokańskim świetle rozmawia Ida Łotocka-Huelle

1 lipca 2016 r.


I.Ł. Co zainspirowało panią do stworzenia tego cyklu obrazów i czy miała pani pokusę, aby go jakoś zatytułować?

B.G. Zastanawiałam się, ale w końcu zostawiłam wystawę bez tytułu, choć samo się prosi, aby nazwać ją „Maroko”, albo nadać jej tytuł bardziej rozbudowany. Niestety wszystko, co przychodziło mi do głowy, wydawało się banalne. Zostawiłam bez.

I.Ł. Są to „obrazki z podróży”?

B.G. Podróż do Maroka odbyłam trzy lata temu i do tej pory jest ona dla mnie źródłem inspiracji. Praca nad cyklem obrazów zajęła mi dwanaście miesięcy. To zdawałoby się niewielki plon, ale do niektórych obrazów wracałam wielokrotnie.

I.Ł. To taka metoda pracy, czy dylemat każdego artysty, kiedy skończyć pracę i postawić kropkę nad „i”?

B.G. Jak mnie coś dręczy, niepokoi, to wracam do obrazu ciągle i przemalowuję go próbując znaleźć inne rozwiązanie. Ale chyba trzeba by było amputować mi pędzel operacyjnie, żeby to uniemożliwić. Kiedy jest koniec, kiedy jest „już” – czasem się wie dokładnie, ale nawet wtedy po jakimś czasie np. po miesiącu, czy dwóch, zmienia się pogląd na podejmowany temat i rusza od nowa?

I.Ł. Podobno rada jest taka, by odstawić pracę i sięgnąć po nowe, czyste płótno.

B.G. Niektórzy tak działają, ale jest to sprawa indywidualna. Kiedyś tak malowałam – dopóki nie skończyłam nie mogłam sobie znaleźć miejsca, dopiero potem, po skończeniu obrazu przesiadałam się mentalnie na coś innego. Teraz – im dalej w las, tym więcej drzew i coraz trudniej rozstać mi się z obrazem, ciągle muszę do niego wracać.

I.Ł. Może to kwestia wieku i doświadczenia. Młody człowiek łatwiej definiuje świat, z wiekiem mnożą się konteksty i sprawy w różny sposób się oświetlają, czasem sprzeczny. Trudno to oddać w jednym spójnym dziele. Ale mimo takiego wypracowania materii obrazu pani płótna są optycznie lekkie, prawie malowane alla prima, od pierwszego uderzenia pędzla. Robią wrażenie, że artystka dokładnie wiedziała, co chce uzyskać i udało się to w pierwszym krótkim podejściu. Podobnie było ze sposobem pracy Olgi Boznańskiej. Niewtajemniczeni ulegają wrażeniu, że tę lekkość uzyskuje się lekkimi muśnięciami pędzla.

B.G. Tymczasem materia obrazu wymaga ogromnego nakładu pracy, nawet od mistrzyni takiej jak Olga Boznańska, która kładzie na kolana wszystkich.

I.Ł. Ukończyła pani grafikę w Toruniu na Wydziale Sztuk Pięknych UMK. Jaka była droga do malarstwa? Pani obrazy są niezwykle malarskie, rozbudowane w malarskiej materii.

B.G. Z wykształcenia jestem grafikiem. Przez wiele lat o malarstwie nie myślałam. Zajmowałam się raczej sztuką użytkową. Projektowałam biżuterię srebrną, pracowałam jako redaktor graficzny, projektowałam opakowania, katalogi, czasem okładki. Pracując na etacie w drukarni miałam ścisły związek z poligrafią. Z tą dziedziną jestem zresztą związana poprzez ojca poligrafa. Od kilkunastu lat zaczęłam jednak odchodzić od grafiki na rzecz rysunku. Początki były można powiedzieć klasyczne: rysowanie portretów oraz rysowanie rzeźb w różnych muzeach. To dla ćwiczenia ręki. Starałam się w ten sposób budować warsztat, tak ważny dla zdobycia biegłości artystycznej. Jednym słowem próbowałam nadrobić zaległości okresu studiów, kiedy to w młodzieńczej beztrosce nie zdawałam sobie sprawy, jak istotne jest jej znaczenie. Moja przyjaciółka malarka obserwując moje zmagania, wielokrotnie namawiała mnie do malowania. Początkowo nie chciałam o tym słyszeć. Aż stało się – chwyciłam za pędzel. Zaczęłam jeździć na plenery i okazało się, że się w tym odnalazłam.

I.Ł. Aż nie chce się wierzyć, że to taka świeża dziedzina pani życia. Gdy patrzy się na pani obrazy, bije z nich pewność malarskiej materii – ten artysta wie na pewno, o co mu chodzi!

B.G. Otóż nie zawsze wiem, o co mi chodzi. Ręka nie chce słuchać tego, co pomyśli głowa. Obraz to ciągłe próby, poszukiwania, zmaganie się – po prostu męka. Przypominają mi się słowa Teresy Pągowskiej, że jeżeli zacznie się w sztuce naśladować siebie, to czas odłożyć pędzel, bo nie ma się nic do powiedzenia. Ten żmudny trud i ciągły niepokój wpisany jest po prostu w artystyczne zadanie.

I.Ł. Bardzo interesujące jest światło w pani obrazach. One same są z pogranicza abstrakcji, ale światło wzięte jest z rzeczywistości. Czuje się ten kawałek realnego doświadczenia. Ich pochodzenie nie jest koncepcyjne, one są rodem z przestrzeni rzeczywistej.

B.G. Wrażenia z Maroka malowałam zapamiętane, nie starałam się oddawać konkretnej rzeczywistości, ale klimat. Światło, o którym pani mówi wyszło mi instynktownie, niejako przy okazji. Wydawać by się mogło, że Afryka to bardzo kolorowe miejsce, a ja tymczasem funduję odbiorcom, szarości, zimne bure błękity, piaskowe beże.

I.Ł. Nie tylko. Są tez ostre turkusy i pomarańcze.

B.G. To barwy typowe dla Maroka, jeszcze żółty i czarny. To widać w rzemiośle, na suku - arabskim targu.

I.Ł. Chyba w Afryce jest tak, że to, co tworzy człowiek jest kolorowe, ostre. Natura natomiast jest spłowiała, wypalona przez słońce, odbarwiona. Ogromna ilość światła wybiela.

B.G. Właśnie. Jest też wilgoć, mgła, zapada zmrok. Góry Atlas są ośnieżone – jak na jednym z moich obrazów. Aura jest bardzo zróżnicowana. Ta surowa przyroda, tak jakoś na mnie podziałała – pewnym chłodem. Malując nie myślałam o tym. Nie wszystko jest uświadomione. Malowanie to wielka przygoda.

I.Ł. Bo fakt, że widzimy dzięki światłu i poprzez nie, jest tak oczywisty, że nam umyka – tak jak to, że oddychamy powietrzem. Dopiero, gdy powietrza i światła brakuje, uruchamia się świadomość. Żywiołem życia dla malarza jednak jest światło, co widać w pani obrazach. Światło jest w ich strukturze, podobnie jak tajemnica. Nawet w obrazach zdefiniowanych jako abstrakcyjne umysł szuka znanych form, takich, którym można nadać znaczenie. Dla poznania wzrokowego abstrakcja nie istnieje, jest ona tylko pewną umową, sztuczną konwencją. Na pani obrazach są formy, którym w kontekście innych form trudno nadać znaczenie, rodzi się niepokój – czym są? Na obrazie zatytułowanym „Farbiarnia skór” pomaga trochę tytuł.

B.G. Tak, te krążki to kadzie z farbami rodem ze średniowiecza. Archaiczna technologia w aurze koszmarnego smrodu, bo używa się uryny. Do tego bardzo ostre światło i gorąco.

I.Ł. Zaspokoiłam swoją ciekawość, ale obraz pozostał tajemniczy. Bo nie jest ważny kontekst rzeczywisty, ale ten utworzony przez inne związki formalne w obrazie. Niepokój więc pozostał – jakaś część rzeczywistości wymyka się pojęciu, definicji.

Wracając do artystycznej drogi, znalazłam w pani biografii bardzo ciekawy wątek współpracy z wytwórnią filmową.

B.G. Istotnie, tuż po studiach pracowałam przez rok w Studium Miniatur Filmowych jako animator. Żeby się tam dostać musiałam przejść test. Moim zadaniem było wykonanie parosekundowego ujęcia dla udowodnienia, że potrafię rysować. I tak, od ręki stworzyłam postać mówcy, który początkowo spokojny, w trakcie wygłaszania mowy rozpala się do tego stopnia, że w końcu zjada mikrofon z całym pulpitem. Życzliwi koledzy pomogli napisać „receptę”, czyli określić długość naświetlania każdego rysunku, która decyduje o dynamice animacji. Spodobało się.

I.Ł. No to udało się pani stworzyć wielką metaforę współczesnej kultury, a zwłaszcza najbardziej medialnych kierunków w sztuce – tej, która właśnie ma do nas przemawiać.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Our website is protected by DMC Firewall!