Galeria ul. Mariacka

Z Heleną Sadłek o Poczwarkach i Motylach rozmawia Ida Łotocka

10 września 2016 r.

 



I.Ł. Heleno, wyczytałam w twojej biografii, że nie studiowałaś w Gdańsku.

H.S. Jestem desantem z Lublina. Tam studiowałam w Instytucie Wychowania Artystycznego na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej. Byłam pierwszym rocznikiem, od którego zaczął się ten kierunek. Przyjechały wielkie sławy z Krakowa i Warszawy: Marian Bogusz, Ryszard Winiarski, Witold Urbanowicz. Mieliśmy wspaniałych profesorów. Dyplom zrobiłam z grafiki w pracowni Danuty Kołwzan-Nowickiej.

I.Ł. A gdzie nauczyłaś się batiku?

H.S. Po studiach pracowałam w szkole w Świdniku. Był tam wspaniały metodyk Stanisław Mrówczyński, który sprowadził z Węgier artystkę i prace dzieci z warsztatów batiku, które ta pani prowadziła. W Liceum Plastycznym w Lublinie zrobił wystawę, na której pani z Węgier opowiadała o metodzie robienia batiku. Oczywiście wszystkiego nie opowiedziała. Trzeba było metodą prób i błędów dochodzić do tajemnic technologii i pożądanych efektów.

I.Ł. Jaka to jest technologia?

H.S. Batik metodą indonezyjską powstaje w ten sposób, że nakłada się gorący wosk z parafiną, aby zabezpieczyć partie materiału, a następnie barwi się i suszy. Proces powtarza się wielokrotnie aż do uzyskania pożądanej kolorystyki. Na samym końcu należy pozbyć się wosku poprzez odprasowanie batiku. Inna metoda stosowana przeze mnie to tradycyjne japońskie shibori. U nas było to modne w latach sześćdziesiątych, w czasach hippisowskich, choć wtedy się tak nie nazywało.

I.Ł. Wszystkie wtedy wiązałyśmy spódnice, bluzki i sukienki w węzły, gotowałyśmy w wielkim garnku z farbą i płukałyśmy w wannie. Ta moda znowu wraca.

H.S. Tak, węzły, lub wiązanie sznurkiem. Japończycy również zszywają, plisują, ściskają deseczkami. Ja ograniczyłam się do wiązania. Od niego zresztą wzięłam tytuł wystawy: „Poczwarki i Motyle”, bo jak się ten materiał zwiąże, powstaje coś w rodzaju kokonu, który skojarzył mi się z poczwarką.

I.Ł. To piękna idea, bo potem się ten materiał rozwija i obserwuje powstawanie niby motyla, który opuszcza swój kokon.

H.S. To bardzo ekscytujący proces. Batik indonezyjski np. w długim procesie swego powstawania przez cały czas jest kontrolowany, choć oczywiście nie wszystko da się przewidzieć. Natomiast batik shibori nie poddaje się kontroli. Każdy kolor wiążemy sznurkiem, żeby zabezpieczyć przed wpłynięciem innego barwnika. Ale są barwniki, tak drobno zmielone, że przenikają przez zabezpieczenia. Takie właściwości ma np. turkus, który w miejscu, gdzie miała być biel daje kolor lekko błękitny.

I.Ł. Czyli trochę jak ze szkliwem na ceramice. Dopóki nie wyjmie się z pieca, nie wiadomo do końca jaki efekt się uzyskało. W czasie powstawania takich dzieł może być wiele niespodzianek.

H.S. Dokładnie tak. To właśnie jest fascynujące, choć batik indonezyjski też daje nadspodziewane możliwości. Przez wiele lat pracowałam z dziećmi w szkole metodą batiku indonezyjskiego, ucząc się również na ich błędach. Wiadomo, że najefektywniej człowiek się uczy ucząc innych. Okazało się, że batik jest doskonałym narzędziem dydaktycznym. Uczy mieszania kolorów, cierpliwości, dokładności, porządku w obsłudze warsztatu, w ogóle dyscypliny pracy artystycznej. Proces powstawania batiku czasami trwa długo, nawet dwa miesiące, a dzięki temu że efekt końcowy jest odwleczony można łatwo przełamać kryzys twórczy u dziecka, bo konfrontacja z własnym wytworem jest odłożona w czasie. Poza tym sama technika jest tak atrakcyjna, ze nawet gdy rysunek był nieudolny, batik zawsze wychodził pięknie. To pierwsza zaleta tej metody dydaktycznej. Druga – to charakter terapii zajęciowej. Czasami moje koleżanki, aby rozładować frustracje i zapomnieć o całym świecie przychodziły na zajęcia, pobatikować sobie.

I.Ł. Wydaje mi się, że to zajęcie ma jakąś kobiecą energię.

H.S. To zajęcie kobiece: gotowanie, ważenie kolorów, moczenie, prasowanie. To wszystko bardzo pracochłonne, wymagające czasu, pozwalające na namysł, medytację. Ale mężczyźni też to robią . Miałam bardzo wielu uczniów, którzy uwielbiali tę technikę artystyczną, W Japonii jest to sztuka użytkowa, którą również zajmują się mężczyźni.

I.Ł. Tytuł wystawy odnosi sztukę do natury. Kolor na twoich pracach też jest ekologiczny. Wspaniałe zestawienia barw przypominające świat roślin w batikach tworzonych metodą wosku. I te bardziej agresywne kolory świata owadów. Prace malarskie sugerujące różne stadia powstawania owadów, które tutaj pokazujesz wiążą się w jakiś sposób z tkaninami?

H.S. Nazywam je poczwarkami. Robiąc materiałowe kokony, a potem je rozwijając w poczwarki fotografowałam różne stadia. Dawały takie efekty formalne i estetyczne, ze żal mi było je utracić, bo żaden etap się już nie powtórzy. Potem zaczęłam te fotografie przetwarzać, podmalowywać, dodawać różne techniki i powstały te niezależne obrazy.

I.Ł. To wspaniałe! Utrwalałaś jakby kolejne stadia powstawania życia, nowej istoty. Czuje się w tych obrazach niecierpliwość spotkania z ostateczną formą, ale również ekscytację każdym etapem jej narodzin. To rzeczywiście kobieca energia! Można powiedzieć, że sztuka naśladuje naturę i vice versa.

H.S. Powstaje całkiem nowy twór. Fascynujące jest odkrywanie jaką przybierze formę.

I.Ł. Czy zajmujesz się tylko tkaniną, czy jeszcze jakąś dziedziną sztuki?

H.S. Głównie maluję, często na plenerach. Czasami wracam do batikowania, bo jak mówiłyśmy jest to bardzo kobiece zajęcie, ale głównie po to by nie zapominać jak się miesza barwy. Batik wymaga sporej przestrzeni, dużej wyizolowanej pracowni z uwagi na opary i zapachy. Niedawno wpadłam na pomysł zrobienia wystawy shibori na jedwabiach: zwiewną, przewiewną instalację. Muszę tylko zdobyć jedwab. Przypadkowo również stałam się animatorką kultury. W ubiegłym roku byłam pomysłodawczynią takiego projektu: Eugeniusz-Geno Małkowski maluje Koryfeuszy Gdańskiej Kultury. Jeden obraz w ciągu jednego dnia. Takie było założenie artysty i udało się to zrealizować. Sfinansowała to fundacja Wspólnota Gdańska.

I.Ł. Dziękuję bardzo za rozmowę

Our website is protected by DMC Firewall!