Galeria ul. Mariacka

Z Ritą Stashulionak o ujętym w sztuce uniwersalnym i osobistym porządku wszechświata, materii prima oraz geniuszu wczesnego renesansu rozmawia Ida Łotocka-Huelle.

21.03.2015 r.

I.Ł. Moje pierwsze zaskoczenie przed Pani obrazami – to ich wielkość. Po obejrzeniu reprodukcji w Internecie spodziewałam się zobaczyć dzieła pokaźnego rozmiaru, tymczasem obrazy są niewielkie, a  monumentalność okazała się być ukryta w ich strukturze. Czy wynika to z podejścia do malarstwa na kierunku Pani studiów?


R.S. Temu złudzeniu ulegają wszyscy. Wrażenie polega na języku malarskim, na specyficznym operowaniu przeze mnie skalą. Studiowałam malarstwo monumentalne na Akademii Sztuk Pięknych w Mińsku, bo pochodzę z Białorusi. Zapamiętałam, czego uczył nas profesor powołując się na „Pieśni niewinności” Williama Blake’a, a to mój  ulubiony fragment:

"Zobaczyć świat w ziarenku piasku.

Niebiosa w jednym kwiecie z lasu,

W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,

W godzinie - nieskończoność czasu."

I.Ł. Tak oto preromantyk i mistyk stworzył, poprzez Pani twórczość, kontekst dla renesansu. Chodzi tu zapewne nie tyle o boski wymiar człowieczeństwa, co ludzki wymiar wszechświata stworzonego na miarę człowieka, czyli makro –  i mikro – kosmos. To istota sztuki monumentalnej, ale też pewnych idei humanistycznych i filozoficznych, żywych również              w średniowieczu jako powszechny symbolizm: świat ziemski jest odbiciem świata niebiańskiego. Czy to właśnie renesansowy człowiek będący miarą wszechrzeczy, ten, który zawiera w sobie całość, uniwersalny porządek, Mikrokosmos, jest dla Pani inspiracją?


R.S. Najbardziej interesuje mnie przejście od średniowiecza do renesansu, a w malarstwie od malowania płaskiego do przestrzennego. W momencie przejścia jest ogromny potencjał. Pomysł wystawy „Osobiste planetarium” związany był z moimi ulubionymi artystami wczesnego renesansu. Wystawa jest hołdem dla nich. Gdy patrzę na ich obrazy, widzę odrębne planety, to ich inny, odrębny świat, odrębne kosmosy, nieprzeniknione, tajemnicze uniwersum. Piero Della Francescę zobaczyłam na wiele sposobów: jako stopy depczące ziemię w innym wymiarze, tajemnicze twarze patrzące z Kosmosu ze wzrokiem skierowanym jakby do wewnątrz - to dla mnie najbardziej surrealistyczny malarz wczesnego renesansu.

I.Ł. Rzeczywiście, to geniusz i jest go na wystawie najwięcej. Widzę cytaty z „Historii św. Krzyża”, „Biczowania”, portretów Federica da Montefeltro i jego rodziny.


R.S. Twarze z portretów pamiętam z dzieciństwa, z czasów studiów. Ciągle mi towarzyszą, jak twarze bliskich, lubię je i chcę, żeby inni je polubili.

I.Ł. Można powiedzieć, że to już twarze z naszego rodzinnego albumu. A inni malarze?

R.S.  Interesują mnie w ogóle zjawiska związane z astronomią. Na innym obrazie „Miasto nad morzem” Ambrogia Lorenzettiego zawarte jest w strukturze kawałka meteorytu, widoczne w jego przekroju jako jedna z warstw tekstury. Zaszyfrowane na wieczność w ciemnej, chłodnej przestrzeni Kosmosu. Miasto nad morzem to również Gdańsk, jako zapisane gdzieś w Kosmosie Uniwersum, to Heweliusz, badacz jego tajemnicy. Gdy wieszałam prace 20 marca, było zaćmienie słońca. Wszystko to jest dla mnie ważne i nieprzypadkowe. Na innym obrazie kolejne aktualności: lądowanie sondy na komecie, pobieranie próbek pierwotnej materii, oczywiście we wczesnorenesansowym kontekście – może odkryjemy materię prima wszechświata. Ja już swoją odkryłam. Jest nią wczesny renesans.


I.Ł. Ale kolejny obraz wskazuje głębiej, to późne średniowiecze, styl międzynarodowy i bracia Limburg - kalendarz z astrologicznym układem planet. Następny – wciąż balansuje na granicy przełomu: dłonie z goździkiem i zawieszony w próżni turban van Eycka. Język Pani obrazów, mimo, że osobisty, dzięki dialogowi z tradycją sztuki, jest jednak uniwersalny i daje widzowi ogromną satysfakcję. Ukazuje alchemię sztuki, przemiany jej materii pierwotnej: wizualnej i pojęciowej, ale również obróbkę materii na poziomie technologicznym. Stosuje Pani klasyczną technikę malarską?

 

R.S. Stosuję technikę starych mistrzów: tempera na desce lipowej usztywnionej szponkami dębowymi. Naklejam gazę. Robię szczegółowy rysunek, przenoszę go igłą na grunt  kredowo – klejowy  nakładany warstwami i szlifowany, taki, jaki stosowali renesansowi artyści. To długi i pracochłonny proces. Poprzedza go  czarno-biały szkic kompozycyjny, a potem oczywiście szkic barwny, bo kolor jest najważniejszy. Jest więc to cały cykl medytacyjny. I tak  go traktuję.


I.Ł. I to jest drugie, cudowne zaskoczenie, jakiego doznałam przed Pani obrazami. Mimo młodego wieku, ma Pani bardzo poważny stosunek do sztuki i do tradycji. Zamiast gorączkowo rozglądać się za grantami i wymyślać projekty wpisujące się w modne trendy polityki społecznej: feminizm, homoseksualizm, gender, wykluczeni, obieranie ziemniaków itp. pozwalające wznosić się na fali, idzie Pani ze swoim „Osobistym planetarium” i osobistym głosem w sztuce pod prąd, zajmując się tradycją humanistyczną, filozoficzną i żmudną pracą w malarskim warsztacie. Niezwykle ważny jest taki osobisty głos we współczesnej sztuce, tylko, że ona jeszcze o tym nie wie, bo w niej procesy alchemiczne w ogóle się nie rozpoczęły.

R.S. Wszystkie zjawiska społeczne, o których Pani mówi, jako artystki współczesnej mnie dotyczą, ale mnie, po prostu nie interesują.

I.Ł. Bardzo dziękuję za rozmowę.




DMC Firewall is a Joomla Security extension!