Galeria ul. Mariacka

Z Janem Masą o przestrzeniach w mentalnym obiektywie rozmawia Ida Łotocka-Huelle

Gdańsk 9 czerwca 2017 r.


I.Ł. W naszej związkowej galerii prezentuje pan cykl fotografii zatytułowany „Spaces” czyli przestrzenie. Faktycznie to obrazy wnętrz, przestrzeni wewnętrznych. Skojarzenia i konteksty nasuwają się same. Czy to również przestrzenie psychiki człowieka?

J.M. To przestrzenie w rozumieniu szerokim. Uważam, że to, co widzimy, namacalne, to nie jest wszystko. Sfera spirytualna, duchowa jest tak samo ważna, o ile nie najważniejsza. Często ludzie ubodzy materialnie są szczęśliwsi, niż ludzie bogaci.

I.Ł. Może mają mniejszy dostęp do informacji, które czynią człowieka nieszczęśliwym?

J.M. Czy ja wiem? Im dłużej żyję, tym mam więcej pytań, a mniej odpowiedzi. Uważam, że człowiek jest istotą poszukującą. Ten, kto twierdzi że znalazł, może się bardzo mylić. Mógł znaleźć jakiś wycinek rzeczywistości np. zawód, miejsce, w którym czuje się szczęśliwy. Ale to tylko przystanek.

I.Ł. Można powiedzieć, że znalazł, ale tylko punkt wyjścia do dalszych poszukiwań?

J.M. Tak, dlatego, że człowiek nigdy nie przestaje szukać. Proszę popatrzeć na naukowców, którzy szukają nawet w obszarach zakazanych, obarczonych tabu. Zgłębianie jest częścią natury człowieka.

I.Ł. Czyli sposób jaki pan wybrał na dotarcie do tych duchowych regionów związanych z niepokojem poznawczym i przeżyciem duchowym to fotografia – obiektyw.

J.M. Powiedzmy subiektyw.

I.Ł. Subiektyw w obiektywie?

J.M. Obiektyw jest tylko narzędziem notowania, utrwalania tego co zauważył umysł. Czyli człowiek z obiektywu robi subiektyw. Patrzy, znajduje, pokazuje.

I.Ł. Pański sposób patrzenia jest szczególny, nazwałabym go minimalistycznym punktem widzenia. Wybiera pan jakiś obiekt, prosty wycinek przestrzeni i wydobywa z niego subtelności. To najmniejsza ilość formy do przekazania treści. Bardzo syntetyczny przekaz.

J.M. To właśnie mnie interesuje. Minimalnymi środkami wyrazu jak najwięcej przekazać. Jeśli ktoś krzyczy, ma nadekspresję często nie może wyartykułować treści i ludzie go nie rozumieją. Trzeba mówić cicho, powoli i spokojnie. Dzięki temu dajemy szansę na refleksję i kontemplację rozmaitych odcieni.

I.Ł. Oczywiście, to co mówię o minimalizmie to pozór, bo optyczna materia pana prac jest niezwykle bogata. Wiele w niej subtelności, półtonów, właśnie półgłosów. Widz musi się sam wyciszyć, żeby odnaleźć wszystkie subtelności.

J.M. Tak, bo jeśli ktoś wejdzie do galerii ze zgiełku ulicznego, znajdzie się w innym świecie i albo się w nim odnajdzie, albo nie. Ja widzowi chcę pokazać to co mnie interesuje i nad czym, jak uważam, trzeba się zatrzymać, pochylić, zastanowić.

I.Ł. Ten formalny minimalizm przejawia się na wielu poziomach formy plastycznej. Proste geometryczne, kształty powtarzalne moduły, światło, które określa ich granice i bardzo wyciszona, chłodna kolorystyka, która sprzyja kontemplacji. Jaka była droga do tak ascetycznego wyrazu?

J.M. Do tego rodzaju obrazowania doszedłem przez sztukę religijną. W latach 2001-2002 tworzyłem w duchu religijnym sztukę, która była zupełnie różna od obecnej. Później doszedłem do wniosku, że wiele niewierzących osób ma potrzebę życia duchowego. W Anglii np. powstało centrum spirytualne dla ateistów. Chciałem zatem stworzyć obraz – fotografię która dałaby im możliwość zagłębiania się w przeżycie duchowe.

Punktem wyjścia dla moich poczynań była refleksja nad historią duchowości w naszej części Europy. Kilkadziesiąt lat temu materialne podejście do życia nie było szczególnie popularne, za to życie duchowe było bardziej rozwinięte. Obecnie to się zmieniło, ludzie mają prawie wszystko, co chcą, ale nie mają czasu na kultywowanie duchowości. To jest ubóstwo.

I.Ł. Na obecnej wystawie są przestrzenie wnętrza. Czy również w pejzażu znajduje pan możliwości duchowego pogłębiania refleksji?

J.M. Również i nie tylko. Zacząłem zajmować się astrofotografią. Przestrzeń kosmiczna otwiera ogromne możliwości medytacyjne. Są to niesamowicie piękne motywy. Na razie mam jeszcze problemy ze sprzętem, ale to jest do pokonania.

I.Ł. To obrazy całkowicie poza naszym codziennym doświadczeniem, bo przecież nie mamy zbytniej możliwości wglądu w ten świat. A czy interesują pana ludzie jako przedmiot sztuki?

J.M. Nie fotografuję ludzi. Nie dlatego, żebym ich unikał, ale dlatego, że fotografia portretowa jest bardzo konkretna i koncentruje się na jednostkowej osobie. Mnie natomiast interesują problemy uniwersalne.

I.Ł. I tak wszystko co tworzy człowiek, każda opowieść, jest o człowieku.

J.M. Albo dla człowieka.

I.Ł. Bo nie mamy innego wglądu, aparatu percepcyjnego innego niż ludzki.

Jest pan twórcą niezwykle aktywnym, uczestniczącym w wielu projektach międzynarodowych. Czy takie kontakty coś panu dają jako artyście, jakiś inny punkt widzenia, nowe emocje?

J.M. To jest nowe zadanie do rozwiązania, punkt wyjścia do nowego myślenia, do dobrej interesującej współpracy z ludźmi innych kręgów kulturowych. Często jest tak, że ktoś inicjuje projekt pod jakimś mottem, czy na konkretny temat i artyści wykonują prace spotykając się dopiero na wystawie. Innym razem prace powstają równolegle np. na plenerach. Od kilku lat jeżdżę na plenerowe spotkania artystów polskich i niemieckich na górze św. Anny koło Opola. Właściwie jest to źródło nowych przyjaźni i nowych projektów. Tak powstał projekt „Grenzgänger / Wędrujący” dla osób, które żyją jakby „w szpagacie”, w dwóch kulturach, dwóch krajach jednocześnie. Mają dwa obywatelstwa, a prace wystawiają i po jednej i po drugiej stronie.

I.Ł. Jak pan, bo mieszka pan od lat w Erkrath w Niemczech.

J.M. Patrzę na to jeszcze z innego punktu widzenia, głosów, które podnoszą się w Unii Europejskiej: Czy my tego chcemy, czy potrzebujemy tego dwugłosu, czy wielogłosu? Co my z tego mamy?

Przez udział w takich projektach kulturalnych próbuję zabrać głos. Bo jeśli przez takie spotkania ludzie mają bezpośredni kontakt, widzą w tym sąsiedzie drugiego człowieka i mają pędzel czy ołówek, to jednocześnie nie mogą do siebie strzelać i walczyć ze sobą. To są działania dla życia w przyjaźni i pokoju. A nie ma innej możliwości, jak tylko żyć wspólnie w pokoju. Tak długi okres bez wojny, to najlepsze co nam się zdarzyło i trzeba o to dbać.

I.Ł. Daje pan również artystyczny wyraz umiłowaniu pokoju. W mieście, w którym pan mieszka namalował pan mural – gołębia na błękitnym tle.

J.M. To mural ok. 4m x 6m na dworcu w Erkrath. To już jest trzeci, pierwszy powstał na płótnie przed kilkunastoma laty, kolaż na niebieskim tle, kompozycja na mój prywatny użytek. Kiedyś żona powiedziała mi, że szkoda że go nikt nie widzi bo to nośny, uniwersalny motyw, który przemówiłby do wielu ludzi. Zwróciłem się do burmistrzyni miasta, która pomogła mi znaleźć miejsce do publicznej realizacji właśnie w okolicy dworca. Gołąb był bardziej schematyczny, prostszy, niż ten, który figuruje obecnie. Tamta ściana została wyburzona, więc powstał nowy gołąb, który już też przeżył remont budowlany, ale został skutecznie ochroniony.

I.Ł. Czyli gołąb stał się wizytówką miasta?

J.M. Tak i miasto dba o niego. Specjalna firma czyści go i pokrywa warstwą ochronną.

I.Ł. Murale, fotografia kolaż, a kończył pan rzeźbę u prof. Horno-Popławskiego w gdańskiej PWSSP.

J.M. Tak i to właśnie on nauczył mnie prostoty i syntetycznego, skondensowanego myślenia. Jeżeli ktoś uczył się patrzeć w ten sposób, to może podejmować się wielu rzeczy.

I.Ł. W takim razie, jakie plany na przyszłość?

J.M. Na 2018 jest planowane pokazanie kolejnej edycji projektu z grupą artystów polskich i niemieckich, który powstał w wyniku plenerów na górze św. Anny. Projekt nazywa się „Doppelpass” czyli podwójne obywatelstwo i będzie pokazywany w Zgorzelcu i Görlitz z happeningiem na moście.

I.Ł. To znaczący symbol. Budowanie mostów w wiecznie podzielonej Europie jest przecież konieczne. Dobrze dać temu wizualny wyraz.

J.M. Zobaczymy, co będzie dalej. Nie chcę się ograniczać do miejsc tematów, grup artystów, ale też nie robić za dużo, bo to nie sprzyja koncentracji.

I.Ł. Dziękuję za rozmowę.

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd