Galeria ul. Mariacka

Rozmowa z Andrzejem Janem Piwarskim

 16 kwietnia 2018 r.


Grażyna Tomaszewska-Sobko – W przypadku artystów, zazwyczaj to czego doznają w życiu, ma bardziej lub mniej ścisły związek z uprawianą sztuką. Zobaczyć to możemy również w Pańskim malarstwie. Może Pan opowiedzieć o tej transformacji jakiej ono ulegało w związku z podejmowanymi wyborami i postawami życiowymi ?

Andrzej Jan Piwarski – Właściwie transformacji, jako takiej, nie było. Miałem pewną linię twórczą, która do dzisiaj jest kontynuowana. Ona oczywiście ma jakieś zakręty, w lewo, w prawo, ale zasadniczo jeżeli chodzi o materię, o kompozycję, nie ulega zmianie. Zawsze dla mnie najważniejszą rzeczą w malarstwie były dwie warstwy. Warstwa pokazująca człowieka osadzonego w historii i warstwa malarska, ślad farby i to co się z nią dzieje aż do zaschnięcia. Zostaje ślad artysty, ślad jego działania. Zawsze moje malarstwo było strukturalne, fakturalne. Czasami próbowałem malować gładkie płaszczyzny, ale to „nie było moje”. Musiałem potem nałożyć więcej farby aby rozbudowywać płaszczyznę.

G.T.S. – Zadając swoje pytanie miałam też na myśli trudny do niezauważenia już w latach 70. wątek społeczny. Wiązało się to również z pojawieniem się na obrazach figuracji. Prace z tego okresu są bardzo ekspresyjne, emocjonalne. Widzimy też wyraźny gest malarski. Chciałabym się dowiedzieć, co wydarzyło się w tym czasie w życiu Pana, jako artysty, ale również uczestnika i obserwatora tych czasów.

A.J.P. – Historia zawsze miała wpływ na to co artysta tworzył. Historia też zawsze mnie pasjonowała. Doskonale pamiętam Powstanie Warszawskie. Pamiętam przeprowadzki po roku 45. To była historia, której doświadczyłem. I to było impulsem do tworzenia obrazów. Moja pierwsza nagrodzona praca, jeszcze z czasów studenckich z roku 63. przedstawiała właśnie sceny z Powstania Warszawskiego. Była to Nagroda Rektora ASP w Warszawie. Ten okres o którym pani wspomniała, był dla mnie i dla wszystkich w Gdańsku ważny. Ważny dla człowieka ale i dla artysty. Czułem, że trzeba to było na gorąco namalować. Powstało wtedy kilkanaście obrazów z cyklu, który nazwałem „ Płonący Gdańsk”. Na aktualnej wystawie w galerii ZPAP pokazuję autoportret, który zakończył ten cykl. Zawsze chciałem być dziennikarzem. Malarzem znacznie później. Dlatego, być może, w moim myśleniu i działaniu tak ważny jest aspekt dokumentacji czasu i aktualnej sytuacji. To stąd te społecznie zaangażowane obrazy. Ale chciałbym podkreślić, że unikam słowa polityka. Nigdy nie mieszałem się czynnie do polityki, chociaż ją badałem i analizowałem. Dlatego moje malarstwo społeczne nie jest malarstwem politycznym. Malowałem obrazy związane z ruchem społecznym, wolnościowym, później solidarnościowym. Nie chciałem jednak. Żeby te obrazy były polityczne. Polityczny może być plakat, który z gruntu zakłada opowiadanie się po jakiejś stronie. Malarstwo ma inne zadania. Musi być możliwe do odczytania zarówno dzisiaj jak i za sto lat.

G.T.S.- Czyli tą rolą jest zapis , ślad jak sugerują tytuły Pana prac i cykli malarskich, a nie deklaracje. W Pana twórczości, po tym czasie wypełnionym figuracją, a czasem równolegle pojawia się ten ślad na murach i popękanych ścianach. Wprowadza Pan również liternictwo, bardzo często w postaci trzech pierwszych liter alfabetu. Co one oznaczają? Czy to , że po pewnym czasie treści zapisywane a murach tracą swój sens i konteksty? Czy też jest zupełnie inaczej?

A.J.P. – Staram się zawsze, jeżeli chodzi o czytelność obrazu, nie definiować jej do końca. Szanując widza zacieram ją nieco, unikając dosłowności. Stosuję pewne szyfry, które stanowią most łączący mnie z odbiorcą. Na obrazach w których pojawia się liternictwo, wyrazy tam zapisane nigdy nie są dokończone. Urywają się. Zawsze byłem zafascynowany Hiszpanią. To tam możemy spotkać fasady domów kilkusetletnich, na których ten czas jest wyryty. Łączy się to z moim myśleniem o strukturach. Czuję, że te wszystkie ściany „należą do mnie”. Na nich wyryte są historie ludzi tam zamieszkujących, historie wojen, potopów, czy pożarów. Do dzisiejszego dnia jeżdżę do Hiszpanii i tam cały czas powstają cykle z zapisem tamtejszych murów.

G.T.S. –  Bodajże w latach 90. , w Pańskich strukturach malarskich pojawia się mączka marmurowa, piasek, popiół. Ma to spory wpływ na „wyciszenie”, stonowanie bardziej ekspresyjnych wcześniej obrazów.

A.J.P. – I tu znów wracamy do Hiszpanii. To tam możną tę mączkę bez problemu kupić. A to właśnie ona pozwala mi stworzyć taką strukturę, która oddaje w pełni moje założenie muru, ściany, śladu historii i upływającego czasu.

G.T.S. – Przypomnę, że wystawa w galerii ZPAP, jest wystawą związaną z Pana pięknym jubileuszem 80. lecia. Nie można więc pominąć w naszej rozmowie Pańskiego ogromnego wkładu w życie niemieckiej Polonii i zaangażowania w różnego rodzaju pomoc dla rodaków. Był Pan również twórcą i działaczem ogromnej ilości stowarzyszeń, organizacji, związków artystycznych. Jak udawało się Panu łączyć tę działalność z twórczością.

A.J.P. – Z żoną Barbarą mieliśmy w latach 70. kilka wystaw w Niemczech. Z tego wynikła propozycja wykładów na tamtejszych uczelniach. W pewnym momencie zauważyliśmy ogromny napływ rodaków do Niemiec. Najczęściej bez znajomości języka i niemieckich realiów. Po prostu uznaliśmy, że musimy im pomóc. Miało to oczywiście wpływ na moją twórczość. Mało wtedy malowałem.

G.T.S. – Na zakończenie chciałabym zadać takie trochę tradycyjne pytanie o plany na przyszłość.

A.J.P. – Jest kilka takich zdarzeń, które wokół mnie się dzieją i którym chciałbym nadać kształt obrazów. Ważne jest to, że coś się po sobie zostawia. Dlatego jestem bardzo zadowolony, że jednak zostałem malarzem, a nie dziennikarzem.

 

 

DMC Firewall is a Joomla Security extension!